niedziela, 30 kwietnia 2017

Samowola aparatu w damskiej torebce

Długi weekend majowy zapowiada się wyjątkowo. Już same prognozy 30 stopni - 10 w poniedziałek, 10 we wtorek i 10 w środę napawają mnie takim optymizmem, że nie wiem na którą wersję się zdecydować: koc podszyty wełną czy ten z podwójną wartwą polaru? Rozważając multum możliwości sięgam po telefon i poszukuję w otchłani galerii zdjęć sprzed roku w nadziei, że widok biegających nas radośnie wokół grilla, odzianych w bluzki na KRÓTKI RĘKAW, zaspokoi głód ciepła. Smyram sobie palcem po ekranie dół-góra i wychwytuję co jakiś czas dziwaczne zdjęcia o bliżej niesprecyzowanej tematyce. Jakby przedmioty widziane z bliska...bardzo bliska...Coś jak efekt makro. Kilkanaście czarnych fotografii, kilkanaście wyściółki mojej torebki, dwa zdjęcia wnętrza mojej dłoni...I za nic nie jestem w stanie przypomnieć sobie, co motywowało mnie do uprawiania tego typu sztuki.

piątek, 30 grudnia 2016

Ile wspólnego mają ze sobą: golec i golas?

A tyle mają wspólnego, że obaj pojawią się w poniższym tekście. Zatem...
Napisać, że bolała mnie tego dnia głowa, byłoby równoznaczne z nazwaniem golca -tu nastąpi mała prezentacja stworzenia:








...- puszystym kociakiem. Wprawdzie i jedno, i drugie to zwierzę, ale na widok kotka większość z nas się rozpływa, a na widok golca- spływa...Na widok golasa też, ale o nim później.

sobota, 24 grudnia 2016

"Nastrój się na Święta " bije rekordy popularności wśród ludzi o słabym słuchu

W ubiegłą niedzielę wybrałam się z córkami na miejską wigilię, na której był Mikołaj. Taki z brodą. Prawdziwą. Siedział sobie na krzesełku, a na kolanach kolejno siadały mu dzieci, które nie mogły powstrzymać się od przeprowadzenia testu autentyczności Mikołaja, dlatego też każde z dzieci nie omieszkało pociągnąć go za brodę, w poszukiwaniu zdradzieckiej gumki, która powinna przy mocniejszym pociągnięciu wysunąć się spod czapki. Więc siedział ten Mikołaj, jego twarz od dziecięcych testów przybrała kolor dojrzałego buraka, a z oczu sączyły się łzy wypełnione bólem. Każda coraz większa. 

sobota, 19 listopada 2016

Oczekiwania vs rzeczywistość czyli jak sprofanowałam królika

Długo mnie nie było. W międzyczasie zdążyłam skończyć 31 lat, co wg mojej starszej córki oznacza nic innego, jak wiek jej własnej babci.
- A ta książka kiedy została napisana? - zapytała podczas czytania  jednej z dość ciężkich w przekazie bajek Andersena.
- Ta książka ma tyle lat, co ja, córeczko - odpowiedziałam i zamyślonym łamane na pełnym sentymentu wzrokiem otuliłam te pożółkłe kartki papieru i pogładziłam dłonią okładkę. Pomyślałam o dzieciństwie, o ryżu na mleku gotowanym na kolację, o serdelach serwowanych na śniadanie...
- Aaaa...- przerwała mi sentymentalną podróż w czasy kulinarnych rozpaczy dzieciństwa -...to już wiem, dlaczego wszyscy w niej umierają!
Tak że ten... Jak chcesz się załamać - zapytaj swojego dziecka na ile lat wyglądasz. Nie będzie się pierdzielić w owijanie słów jedwabiem.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Wieczór kawalerski

W niedzielę późnym wieczorem M wrócił z wieczoru kawalerskiego. Wieczoru, który odbył się w Trójmieście, bo w Mrągowie to tylko bar mleczny i turecka budka z kebabami - tak przynajmniej sądzili główni zainteresowani. Wieczoru, który zaczął się w piątek o 16:00, a skończył, gdy ostatni dzwon w kościele zasygnalizował koniec siódmego dnia tygodnia.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Krowa nie tylko mleko daje...


...ale i placki. I nie mylić z drożdżowymi racuchami posypanymi cukrem pudrem. Tych placków lepiej do ust nie brać. Chyba, że ktoś lubi, ale nie mnie oceniać ludzkie dewiacje.
Do ust za to, po uprzednim umyciu, można śmiało brać to, co na oborniku z tychże placków wyrasta. A wyrastają różne zdrowe i kolorowe rzeczy, o czym doskonale wiedziała moja znajoma,  która stworzywszy sobie mini ogródek na balkonie, postanowiła wiedzę tę wcielić w życie.

sobota, 9 kwietnia 2016

Ile razy...

...po kolejnej awanturze córek, kępach wyrwanych włosów wystających spomiędzy pulchnych paluszków, po opróżnieniu buzi Małej J z garści kamieni czy domyciu z sudocremu jej twarzy, łóżka i mebli w jego pobliżu, po kolejnej wylanej na świeży obrus misce zupy buraczkowej, po pobudce dzieci w sobotę o 6 rano, podczas gdy w tygodniu o 7:00 śpią jeszcze jak susły, po zjedzeniu tak wielkiej kolacji żeby tylko nie iść spać, że leżąc w końcu w łóżkach całą ją zwymiotowały, po tysięcznym "maaamoooooooo" z drugiego pokoju, żeby poprosić mnie o podanie misia, który leży tuż obok ich rozczochranych czupryn, po piątym spacerze przed snem na piciu, siusiu, piciu, siusiu, piciu, siusiu etc., podczas nieustannego towarzystwa mojej najmłodszej pociechy, nawet w toalecie, kiedy marząc o chwili samotności zaciskam kurczowo nogi krzycząc, że przecież sama umiem się podetrzeć, po zrobieniu przez Małą J kupy na przedłużacz i stojąc nad dylematem - wydłubać i dać mu szansę czy od razu wpisać na niekończącą się listę kolejnych strat...
Ile  razy wtedy marzyłam o tym, żeby wsadzić je w najbliższym prom kosmiczny i wysłać tam, gdzie nie dotarł nawet Voyager?

wtorek, 9 lutego 2016

Porzuciłam własne dziecko...

Mała J była dzisiaj pierwszy dzień w przedszkolu. Odprowadzona na 8:00 miała zostać do 12:00, aby przez pierwsze kilka dni zdążyła spokojnie zaadaptować się w nowym miejscu, w nowej sytuacji, a przede wszystkim beze mnie tuż obok...
Podczas tych kilku godzin ja mogłam:
a) zaparzyć sobie kawę, usiąść przed telewizorem i oglądając telewizję śniadaniową cieszyć się smakiem gorącej kofeiny, popijanej bez żadnych przerw, wrzasków i wspinania się na moje plecy. Przeczytać w spokoju gazetę, AKTUALNĄ!, zadzwonić do koleżanki i poplotkować bez uważania na używane słowa, ewentualnie wrócić do łóżka, które z takim trudem opuszczałam rano po dwutygodniowej przerwie zimowej.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Damski i męski punkt widzenia czyli małżeński eksperyment

Mówi się, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ja poszłabym dalej i powiedziałabym, że punkt widzenia zależy od tego co masz między nogami...
Jesteśmy z M razem od 11 lat. Jakby nie patrzeć - to 1/3 mojego nader ciekawego (tiaaa...) życia, nie dziw więc, że znamy się jak łyse konie. ALE! Zanim dotarliśmy do obecnego etapu, w którym to jedno z nas siedzi na sedesie, a drugie stojąc obok myje zęby, przeszliśmy długą i wyboistą drogę. Od moich wcześniejszych porannych pobudek na lekki makijaż i uczesanie włosów, które pozornie miały wyglądać na roztrzepane podczas snu, przez spanie w wałkach na głowie, zabezpieczonych purpurową siateczką trzymającą je w ryzach ( M wciąż ma ciarki na samo ich wspomnienie), aż do chwili obecnej. Normalne. A jak ta droga się zaczęła?

wtorek, 22 grudnia 2015

Operacja "Choinka" czyli krótki film

- Mamo, a jak to było? - Duża J przerwała mi w tapirowaniu włosów.
- Ale że co konkretnie? - zapytałam i sięgnęłam po lakier super strong i mega volume.
- Noo...właśnie nie pamiętam. Bagabaja?
- Bagabaja? - zrobiłam echo - Nie mam pojęcia co to jest.
- Albo chyba bagajaba...tak to było?
Kaszlnęłam i ręką rozgoniłam chmurę krążącego w powietrzu lakieru. Szykowałam właśnie charakteryzajcę do kolejnej sceny filmu, w którym nie tylko grałam, ale który również wyreżyserowałam i nakręciłam...w zasadzie nakręcił go M kamerą przytwierdzoną do swojej głowy i aparatem postawionym na desce do prasowania. To była niskobudżetowa produkcja...